fbpx

Idealne Miejsce na Napisanie Twojej Powieści

Scroll this

…Nie istnieje.

Na tym mogłabym zakończyć ten artykuł, ale nie lubię odpowiedzi typu „bo tak”. Lubię natomiast historie, które pochodzą z własnych doświadczeń i taką historią chciałabym się z Tobą podzielić.

Pisarze to bardzo osobliwi ludzie. Mają swoje małe rytuały, ulubione pióra, oraz magiczne przedmioty, w których według starych literackich legend ma drzemać wena. Sama nie raz dają się ponieść pisackim fetyszom. Kilka dni temu kupiłam moją pierwszą maszynę do pisania („pierwszą” jest w tym zdaniu słowem kluczem), a bez mojego pamiętnika nie ruszam się nawet do pobliskiego sklepu. Nie lubię też jak coś mnie rozprasza i przez wiele, wiele lat pisałam jedynie w miejscach wypełnionych kosmiczną wręcz ciszą. Czyli, pisałam tylko w swoim mieszkaniu i tylko wtedy, kiedy moi sąsiedzi dawno już spali.

Cormac McCarthy – to model maszyny do pisania, której używa ma mnie natchnąć

W taki sposób udawało mi się napisać scenę, czasem dwie dziennie. Ale nawet w najlepszym miejscu do pisania, czasem brakowało mi na to energi…

Bywały w moim życiu dni wypełnione do granic wytrzymałości i wtedy po prostu czekanie na noc, okazywało się dla mojej powieści niemożliwe. Odkładałam ją więc na inny, lepszy dzień. Obiecywałam sobie znaleźć dla niej miejsce. Odwoływałam spotkania z przyjaciółmi, a przygotowania do zajęć z moimi studentami wstrzymywałam do ostatniej chwili. Mimo to, obowiązki zawsze brały górę. A to mieszkanie trzeba posprzątać, a to załatwić jakieś rzeczy w banku. W końcu, kiedy siadałam przed komputerem, mój sąsiad z góry włączał muzykę na cały regulator i wszystko, co przygotowywałam z pietyzmem trafiał szlag.

Pojawiał się konflikt. Pisarz kazał historii na siebie czekać, szukając miejsca idealnego do pisania. Kiedy w końcu te miejsce znajdował, historia była zbyt męczona, żeby z nim rozmawiać.

Wydawało mi się kiedyś, że do napisania dobrej powieści wystarczy dobry plan. I oczywiście, ta cisza i spokój, o które tak zażarcie walczyłam. Mając dobry plan, wystarczyło przecież tylko usiąść do komputera i pisać. Powieść miała być na moje zawołanie.

Okazało się jednak, że nie wszyscy bohaterowie chcieli postępować tak, jak to sobie wyobraziłam. Wydawali się wiecznie zdystansowani, pasywni i szczerze powiedziawszy, nudni. Traciłam więc czas, siedząc przed komputerem i próbując zmuszać ich do czegoś, czego nie chcieli robić.

Z historią było podobnie. Od samego początku, wymarzyłam sobie, że moja powieść zakończy się wyjazdem bohaterki K. do Anglii. Ale niezależnie od tego, jak naciskałam na tę scenę, wszystko prowadziło mnie na inną drogę. Ograniczenia czasowe sprawiały, że nie miałam cierpliwości, aby badać nieznane. Chciałam po prostu usiąść i pisać, a nie dumać, co by było gdyby…

W końcu powieść postawiła przede mną ultimatum: „Jeśli chcesz mnie pisać, musimy iść na kompromis”.

Moje wyobrażenia na temat pisania były bardzo filmowe. Domek nad morzem, butelka wina i sześć intensywnych miesięcy spędzonych z bardzo płodną muzą. Na szczęście pragnienie pisania było zawsze silniejsze od pocztówkowych wizji.

Porzucenie romantycznej wizji pisarza zajęło mi bardzo dużo czasu. W końcu jednak, musiałam pójść na kompromis. Zaczęłam chodzić wcześniej do łóżka, po to, by zacząć nowy dzień od swojej powieści. Taki układ okazał się bardzo dobry. Ja miałam swoją ciszę i spokój (o szóstej rano mało kto wierci i robi pranie), a powieść miała moją energię i uwagę. To sprawiło, że z czasem chciała rozmawiać ze mną coraz częściej. I tak, zanim się obejrzałam, pomysły na kolejne sceny zaczęły przychodzić do mnie o każdej porze dnia i nocy. Najlepsze sceny nawiedzały mnie w miejscach, w których absolutnie nie mogłam pisać. Miejscach głośnych, zaludnionych i pełnych dystrakcji.

Kiedy jeden z bohaterów stwierdził, że świetnym momentem na naszą rozmowę jest środek imprezy, na którą poszłam, powiedziałam BASTA. Jestem autorem i to ja decyduję o tym, kiedy mam czas na moją powieść. Dlaczego myślałam wtedy, że takie wyznaczenie granic przyniesie jakąś korzyść?

Nie mam pojęcia.

Nie zaskoczę Cię, kiedy powiem Ci, że po tej baście, moja powieść odwróciła się do mnie plecami i przestała ze mną rozmawiać. Milczenie trwało wiele, wiele miesięcy…

Przez cały ten czas myślałam, że problem leży w złej organizacji. Myślałam, że w końcu uda mi się znaleźć idealne miejsce i czas, które spełnią oczekiwania: moje i mojej powieści. Nie miałam pojęcia, że te desperackie szukanie idealnego momentu było problemem samo w sobie.

„Czy to ma jakikolwiek sens?” – często pytają mnie autorzy, z którymi pracuję, pokazując mi kolejne rozdziały swoich powieści – „Myślisz, że powinnam dalej tak pisać?”

Na początku trochę denerwowałam się słysząc te pytanie. Ileż to pisarzy mówi o kompletnym zaufaniu do procesu pisania! Nie jesteśmy w stanie ocenić, czy coś ma sens, dopóki nie zobaczymy tego w kontekście całości. Indywidualne sceny to jak indywidualne elementy wielkiego obrazu. Widząc jedynie palec trudno nam ocenić, czy cała postać wygląda dobrze. Dopiero, kiedy skończymy, możemy zacząć pracę nad szczegółami, wyrzucić to, co niepotrzebne, podkreślić to, co jeszcze blade. Czy to ma jakikolwiek sens? Kto to wie, myślałam, irytując się, że pisarze, z którymi pracuję nie mogą po prostu cieszyć się samym procesem pisania. Celem podróży jest bowiem sama podróż, nieprawdać?

Dopiero, kiedy zaczęłam po raz kolejny podchodzić do swojej powieści, zauważyłam, że robię dokładnie to samo, co oni.

Ba, byłam nawet gorsza. Nie dość, że zaczynałam wątpić, że to, co piszę ma jakikolwiek sens, to jeszcze nie mogłam się doczekać, kiedy powieść dociągnę do końca.

To z kolei, budziło we mnie dalsze frustracje. Przecież marzyłam o tym, żeby siedzieć i pisać, a teraz siedzenie i pisanie sprawia, że zalewa mnie krew.

Pewnie, pisanie było fajne, jeśli wiedziałam, że coś z tego będę miała: dobre słowo, dobre zdanie, dobrą scenę. Kiedy jakość tekstu wydawała mi się wątpliwa, to cały proces trafiał szlag.

Za każdym razem, kiedy siadałam do komputera, oczekiwałam, że spod moich palców wypłyną same złote słowa. Nic mylniejszego. Większość słów była wręcz koszmarna. Trudno było na te „złe” słowa patrzeć z miłością. Na szczęście w tych mrocznych momentach nie byłam całkowicie sama. Za każdym razem, kiedy dzieliłam się tymi obawami z moją mentorką, Scarlett, ta powtarzała, że wszystko jest w normie. Każdy pisarz ma w głowie lepszą powieść niż ta, którą pisze. Ale to nie oznacza, że naszej historii nigdy nie pokochamy. To przywiązanie do naszych wyobrażeń budzi frustracje i ból. Porzucając te wyobrażenia, pozwolimy naszej historii stać się tym, czym chce.

To był ten problem, którego nie mogłam pokonać.

Chciałam mieć nad procesem pisania całkowitą kontrolę.

Chciałam WIEDZIEĆ, ile zajmie mi napisanie powieści. Chciałam WIEDZIEĆ, które ze scen wejdą do ostatecznego manuskryptu. Chciałam WIEDZIEĆ, że powieść, jaką napiszę zostanie w końcu wydana.

Im więcej chciałam wiedzieć, tym bardziej historia zamykała przede mną drzwi. Im bardziej napierałam, tym cichszym głosem przemawiali moi bohaterowie.

Nic dziwnego. Moja powieść zaczęła się mnie po prostu bać. Bała się tych wymogów, których nigdy nie mogła spełnić, oczekiwań, jakie jej stawiałam. Bała się powiedzieć mi o czymś ciekawym, bo nigdy nie miałam na nią czasu. Wszystko musiało być takie, jakie sobie wymyśliłam: perfekcyjne za pierwszym razem.

Kiedy całkowicie ode mnie odeszła, nie miałam wyboru. Musiałam porzucić to, co znane i pozwolić jej robić to, co chce. Przez cztery długie miesiące nie miałyśmy ze sobą żadnego konktatu. Ale kiedy w końcu usłyszałam jej głos, byłam gotowa.

Słowa, które wtedy ze mnie wyszły były tragiczne: krzywe, głupie, i prawdopodobnie nie do okrzesania. Ale nie pozwoliłam swojemu ego ich zabić. Potraktowałam je z tym samym szacunkiem, z jakim traktuję słowa dobre.

Miejsce, w którym je napisałam było głośne. Jakaś kawiarnia w Londynie w środku tygodnia. Koszmar dla mojego ego.

Ale i tu nie pozwoliłam sobie na znalezienie czegoś, co wydawało mi się lepsze. Jeśli historia chce ze mną rozmawiać w środku dnia w tłumie ludzi, to wtedy jej służę.

Od kiedy porzuciłam swoje oczekiwania, pisze mi się…dobrze. To znaczy, czasem jest trudno, czasem bardzo trudno, a czasem myślę, że nigdy nie skończę.

Ale pojawiło się nowe uczucie. Czuję się spełniona, niezależnie od tego, jakie słowa napisałam. Nie oczekuję już, że wszystko musi trafić do ostatniej wersji manuskryptu. Nie oczekuję, że napisanie powieści zajmie mi pół roku. Nie oczekuję nawet, że kiedykolwiek zostanę wydana.

I to sprawiło, że w końcu zrozumiałam: celem podróży jest podróż sama w sobie. Pisanie nauczyło mnie więcej o życiu niż wszystkie doświadczenia razem wzięte. Nie chodzi o to, by wszystko odbywało się tak, jak to sobie wyobraziliśmy. Tworząc taką strefę bezpieczeństwa i komfortu zamykamy się na to, co magiczne i ważne. Aby odkryć historię, musimy pokochać to, co nieznane. I iść w głąb ciemnego lasu mimo braku konkretnej drogi. Tylko wtedy możemy odkryć prawdziwy skarb.

Komentarze

Komentarze