fbpx

Inspiracja czy Plagiat?

Scroll this

Kiedy miałam trzynaście lat, do kin wszedł „Władca Pierścieni”. Już po pierwszym obejrzeniu straciłam dla niego głowę. Plakaty przedstawiające poszczególnych bohaterów wyścieliły ściany mojej sypialni. Nawet mój zeszyt do religii miał okładkę z Władcą. Zanim druga część trylogii trafiła do kin, ja już kończyłam mojego pierwszego fan-fica. „Władca Pierścieni” bowiem stał się moją nową pisarską inspiracją…

A może moje opowiadanie było zwykłym plagiatem?

W przypadku fan-ficów odpowiedź często wydaje się oczywista. Autor nie tworzy bohaterów ani miejsc akcji. Główne motywacje są zwykle takie same. Nowa historia buduje się w oparciu o to, co już istnieje.

Z drugiej strony, każdy zna historię „50 Twarzy Greya”, powieści (*kaszl* *kaszl), która zakwitła na forum dla fanów „Zmierzchu”. Autorka pozmieniała to i owo i z fan-fica powstała zupełnie nowa historia.

a może inspiracja?

Kiedy zaczynam współpracę z nowym pisarzem, często spotykam się z pewnym problemem. Autor chce napisać coś oryginalnego. Chce, żeby jego czy też jej historia była zupełnie inna od tych, które zna. Jednak niezależnie od tego, jak wyjątkowy wydaje mu się początkowy pomysł, książka, którą pisze w końcu zaczyna przypominać coś, co już istnieje.

Pisarz wyrywa sobie włosy z frustracji i porzuca pomysł na rzecz nowszego, lepszego, oryginalniejszego. Ile świetnych fabuł zostało zabitych w ten sposób? Na szczęście część z nich udało mi się uratować. Czasem samej, a czasem z małą pomocą innych pisarzy.

Pewnie pamiętasz Arystotelesa?

To ten starszny dramaturg, przez którego dostałeś/aś trójkę z polskiego. Na chwilę zapomnijmy o tej trójce i spójrzmy na Arystotelesa. To w jego tekstach można znaleźć odpowiedź na nasz problem.

Arystoteles wierzył, że istnieją dwa rodzaje fabuł: tragedie i komedie. Te określenia mają niewiele wspólnego z tym, jak używamy ich dzisiaj. Tragedią może wydawać Ci się coś, co kończy się źle, natomiast komedią coś, co jest po prostu śmieszne. Jest w tym trochę racji…

Tworząc definicję obu gatunków, Arystoteles skupił się głównie na emocjach, jakie wywołują one w odbiorcy. Tragedia ma sprowokować strach i współczucie w stosunku do bohatera. Komedia natomiast budziła uczucie ulgi – wszystko, co dobre kończyło się zawsze dobrze.

Oczywiście całą teorię Arystotelesa strasznie uprościłam i polecam Ci zapoznanie się z nią lepiej. Okazuje się bowiem, że te teksty, którymi straszono nas w szkole są niesamowicie ciekawie napisane.

Ale „Poetyka” Arystotelesa była jedynie początkiem dybania na temat ilości fabuł. Szybko okazało się bowiem, że niektóre historie zawierają sobie elementy obu gatunków i trudno je zdefiniować ograniczając się do emocji, jakie budzą.

W osiemnastym wieku na scenie literackiej pojawia się nowy gatunek – powieść. Nagle czytają je wszyscy – kucharki, sprzedawcy sera, i panicze z wyższych klas. Autorzy mnożą się i troją, a większość funkcjonuje pod więcej niż jednym nazwiskiem.

Dzisiaj, kiedy patrzymy wstecz wyciągamy creme de la creme literatury: Cervantes, Jane Austen, siostry Bronte, Dickens. Ale osiemnasty i dziewiętnasty lat kwitnął w literaturę niższych lotów. Są książki z tamtego okresu, przy których „50 Twarzy Greya” to cud i miód.

źródło mema: Wondra’s World

Pisarze tworzyli nowe interpretacje klasycznych historii, inspirowali się wierszami, opowiadali na nowo mity. Ba, niektórzy pisarze w satyryczny sposób odnosili się do powieści konkurencji. „Pamela” Richardsona została wyśmiana w doskonałym sequelu Fieldinga pod cudnym tytułem, „Shamela” (a dokładniej: An Apology for the Life of Mrs. Shamela Andrews). Jeśli myślisz, że teraz jest moda na meta-historię, to radzę poczytać wiktoriańskie dzieła.

Powstało również tysiące plagiatów. Czasem trudno było powiedzieć, kto krył się za kolejną powieścią znanego autora, jeśli jego imię i nazwisko chowało się pod pseudonimem. Powieści kradziony, pomysły sprzedawano, ghost writing kwitł jak najupartszy chwast.

O ile trudno jest wychwycić moment, w którym historie zaczęły się powtarzać, to czytając pierwsze powieści nie da się ukryć, że nawet ona przypominają coś, co istniało gdzieś wcześniej. Krytycy zaczęli stawiać pytanie: CZY ILOŚĆ FABUŁ JEST OGRANICZONA?

A jeśli tak, to ile ich jest?

I czy to oznacza, że w pewnym momencie pisarz nie będzie miał nic do napisania?

W znanej książce „Siedem Podstawowych Fabuł” (Seven Basic Plots), Christopher Booker definiuje je w następujący sposób:

  1. Pokonanie Potwora
  2. Z łach do bogactwa
  3. Wyprawa
  4. W tę i z powrotem
  5. Odrodzenie
  6. Komedia
  7. Tragedia

Proste?

Wielu autorów i filmowców głęboko się tej książce kłania. Przykładem fabuły POKONANIE POTWORA jest na przykład film „Szczęki” – grupa ludzi żyje bojąc się jakiegoś straszydła, w tym przypadku rekina o mitycznych rozmiarach. Na ratunek przybywa bohater, lub grupa bohaterów. Jego pierwsze zetknięcie się z potworem skończy się sukcesem, ale tylko po to, by potwór wrócił – straszniejszy i silniejszy. Na szczęście wynikiem ostatecznej konfrontacji będzie zwycięstwo bohatera…ale czy na pewno?

POKONANIE POTWORA to schemat, którymi idą nie tylko Szczęki, ale też większość horrorów, thrillerów i amerykańskich filmów wojennych.

A co z WYPRAWĄ?

Jeśli przeczytałaś/eś moją MAPĘ FABULARNĄ, to wiesz, że schemat WYPRAWY lub też PODRÓŻY BOHATERA jest przeze mnie bardzo ceniony. Ale nie tylko przeze mnie. George Lucas oddaje tej fabule całkowity hołd.

Ale perspektywa Brooksa wydaje się mi zbyt uproszczona. Mówi ż każdy film i książkę można jakoś zaszufladkować, ale czy na pewno? Co z post-postmodernistycznymi pisarzami, którzy całkowicie olewają jakąkolwiek fabułę? Co z „Czekając na Godota”?

Źródło: The New Yorker

Scarlett Thomas, moja mentorka, kilka lat temu napisała poradnik dla pisarzy, Monkeys with Typewriters. W nim umieściła swoją własną wersję PODSTAWOWYCH FABUŁ. Zwróciła uwagę na takie schematy, jak OBCY POJAWIA SIĘ W MIEŚCIE, o którym Brooks nie wspomina. A przecież znamy takich historii multum, patrz: każdy Western.

O ile Scarlett przyznaje się, że jej wersja PODSTAWOWYCH FABUŁ może nie być pełna, to zgadza się z Brooksem, że ilość fabularnych schematów jest ograniczona. I patrząc wszystkie książki i filmy, jakie dotychczas pożarłam, też muszę również im to przyznać.

Jak rodzi się pomysł?

Kiedy zaczynam coś pisać, najpierw sięgam po moje własne doświadczenia. Myślę o rzeczach, które zwyczajnie nie mogą się ode mnie odczepić. Jakieś kłamstwo, jakaś porażka, jakiś zły dzień. Tak rodzi się pomysł na historię.

Ale potem pojawia się dużo większe pytanie. Jak tę historię opowiedzieć? A raczej, jak ją pokazać czytelnikowi w najciekawszy sposób?

Kto powinien być narratorem? Kto głównym bohaterem? Czy warto zacząć ją od początku czy może od końca?

W tym momencie nie da się uniknąć sięgnięcia po jakiś schemat, nawet jeśli robimy to nieświadomie. Może obejrzałeś/aś odcinek Breaking Bad i podoba Ci się, że większość zaczyna się od sceny kulminacyjnej, po czym wraca do samego początku? A może zaczynasz od mitu, jakieś legendy, przysłowiowego dawno dawno temu?

Schematy nie są złe i można się nimi świetnie bawić. Czytelnik lubi być zaskakiwany, ale zaskoczenie działa tylko wtedy, jeśli łamie jakieś oczekiwania. A oczekiwania tworzymy prowadząc go przez znany schemat.

Idealnym przykładem tego, jak fajnie można bawić się schematem jest jeden z moich ukochanym filmów, „Domek w Lesie” (The Cabin in the Woods). Nie chcę spojlować, więc zostawiam go Ci do obejrzenia.

Czy twórcy tego filmu oparli go na znanych schematach?

Tak, tak i tysiąc razy tak.

Czy film jest oryginalny?

Przez największe O.

Więc skoro po schematy można tak bezpardonowo sięgać, to kiedy historia staje się plagiatem?

Plagiat to dosłownie kradzież. Autor bierze bohaterów, konkretne sceny i konkretne słowa z cudzej książki i podpisuje je swoim imieniem. Nie każda historia o czarodzieju jest plagiatem Harry’ego Pottera, ale historia o 11-letniej dziewczynce, mieszkającej z niecierpiącym ją wujostwem, która na urodziny odkrywa, że jest czarodziejką z misją pokonania najstraszniejszego czarodzieja, Którego Imienia Strach Nawet Wyszeptać…podchodzi pod przymrużenie oka.

Jeśli potem ta dziewczynka, Hermegulda trafi do Szkoły Czarów-Marów i zaprzyjaźni się z pół-magicznym chłopcem, kujonem z niesamowitym umysłem oraz Roniferą, dziewczynką z wielkiej i ubogiej rodziny, to drugie oko też przymrużę.

A jeśli Hermegulda ma bliznę na policzku, bo jako jedyna przeżyła zaklęcie Volmurta to krzyczę PLAGIAT!

Ale nie musisz skopiować wszystkich szczegółów danej historii, aby Twoja okazała się plagiatem. Powiedzmy, że tylko Hermegulda jest oparta na znanym czarodzieju. Oparta do tego stopnia, że tylko jej płeć i imię jest inne…Cała reszta to jakaś Kampania, która idzie w podróż, by pozbyć się jakiegośtam naszyjnika, który sprawia, że znikasz, jak go zakładasz, a jego posiadacze wpadają w totalną obsesję na jego punkcie…

Ale czy to plagiat?

Wielu pisarzy, z którymi pracuję boi się, że ich historia jest zbyt podobna do czegoś, co już istnieje, ale szczerze powiedziawszy nie widziałam jeszcze, żeby plagiat pojawił się przez przypadek. Naprawdę trudno jest wymyślić dokładnie taką samą postać jak ta, która już istnieje. Trudno jest napisać dokładnie taką samą scenę.

Ale rzeczywiście, pewne postacie będą podobne, pewne sceny dosyć przewidywalne i często ta przewidywalność będzie czytelników przyciągać.

Czy moje opowiadanie o Legolasie było plagiatem?

Absolutnie. Bo Legolas jest tylko jeden.


Komentarze

Komentarze