fbpx

Jak przetrwać pisanie powieści?

Scroll this

„Pisarz to ktoś, kto siedzi i pisze”, nieraz słyszę od moich (niepiszących) znajomych. Coś w tym na pewno jest. Jeśli chcesz napisać powieść, nie obejdzie się bez wygodnego krzesła (chociaż niektórym powieści wyszły całkiem ładnie na kanapie). Jednak cykl pisania jest dużo bardziej skomplikowany i składa się z więcej niż z pozycji „USIĄDŹ” i „NAPISZ”. Zanim dojedziemy do ostatecznej stacji, musimy minąć kilka innych przystanków. Niektóre z nich mają niesamowicie inspirujące nazwy: „POSŁUCHAJ”, „ZAPLANUJ”, „POMYŚL”. Inne są trochę bardziej niepokojące. Ile razy minęłaś przystanek „UMRZYJ ZE WSTYDU”, kiedy po raz kolejny wracałaś do tej samej sceny? I co robić, kiedy nasz pisarski pociąg zaczyna dziwnie tarkotać, konduktor ogłasza „BRAK WENY” i zatrzymujemy się na nieokreślony czas pod wielkim znakiem zapytania?

Jak przetrwać ciągłe zmiany w trasie, nieprzewidziane postoje, nagłe wypadki i długie godziny żmudnej jazdy?

Przede wszystkim musisz zrozumieć, że wbrew pozorom proces pisania nie składa się jedynie z siedzenia i pisania. Ba,  siedzenie i pisanie to jedynie część pracy, jaką musimy wykonać, żeby skończyć powieść. Oczywiście są okresy, kiedy warto całkowicie oddać się klawiaturze. Piękne momenty w życiu autora, kiedy cały świat mógłby nie istnieć. Jest tylko on i jego bohaterowie.

Ale aby dojść do tego momentu, musimy najpierw stanąć przed wieloma, trudnymi wyzwaniami. Przeczytać wiele książek, odpowiedzieć na mnóstwo pytań, skrupulatnie zaplanować każdą scenę. Jak to wszystko ogarnąć i nie wyłysieć?

Zacznijmy od podstaw.

Jestem w bardzo luksusowej sytuacji.

Moje życie kręci się wokół pisania.

Nie mam dzieci. Nie mam kredytu na mieszkanie. Właściwie gdybym chciała teraz przeprowadzić się do Hiszpanii, to nic oprócz pieniędzy nie stoi na przeszkodzie.

Mój partner sugeruje, żebym kiedyś na Powieściologii wrzuciła filmik, w którym pokazałabym Ci, jak wygląda mój dzień.

I o ile jego pomysł bardzo mi schlebia, to jednocześnie wydaje mi się trochę nudny…Bo jeśli miałabym nagrać to, co robię, to zobaczyłabyś kilkunastogodzinny materiał przedstawiający kobietę wpatrzoną w ekran komputera.

No dobra, czasem siedzę przy maszynie do pisania. Ale to przed dwie godziny dziennie. Potem wracam do komputera.

Do pierwszego manuksryptu siadam o dziesiątej rano. Przez następne trzy godziny ganiam między trzema różnymi dokumentami: w jednym z nich robię notatki dotyczące tekstu, który czytam; w drugim wypisuję pytania, które chcę zadać autorowi; w trzecim tworzę zarys artykułu, który mogę napisać zainspirowana pytaniami, jakie prowokują we problemy,z którymi zmaga się autor. O trzynastej jem lunch, po czym wracam do pisania. Zazwyczaj drugą część dnia wypełniam pracą uniwersytecką. Studenci wysyłają mnóstwo maili. Czasem są to ogromne pytania, na które odpowiedź zajmuje mi prawie godzinę. Innym razem proszą mnie o lepszą ocenę. Gdzieś między mailami, tworzę plan na kolejny tydzień. Najfajniej pracuje się na problemach, które moi studenci przeżyli na własnej skórze.

I tak nim się obejrzę, jest już czwarta.

Powieściologia to nie tylko pisanie artykułów i nagrywanie filmików na YouTuba. To też tworzenie ćwiczeń, tabelek, oraz e-booków, które możecie znaleźć na mojej stronie. Obiad robię o siódmej, kiedy już właściwie nie wiem, jak się nazywam.

O godzinie dwudziestej obiecuję sobie, że nie odpiszę na żadnego maila. O dwudziestej dwadzieścia odpisuję na maila.

Oczywiście nie wspomniałam Ci ani słowa o konsultacjach na skypie, zajęciach na uczelni, oraz warsztatach, jakie robię. A kotu zabawy nigdy nie odmawiam.

Nie mogę narzekać na takie życie. Każda chwila wypełniona jest pisaniem. Kiedy zaczęłam prowadzić Powieściologię, mój czas wypełnił się mnóstwem ekscytujących obowiązków. Poznałam niesamowicie inspirujących ludzi. Kiedy dostaję maila z „dziękuję”, za każdym razem szlocham wzruszona. Wszystko pięknie…tylko kiedy pisać własną powieść?

Kiedy zwierzyłam się przyjacielowi z mojego problemu, ten ze zrozumieniem pokiwał głową.

„To nie tak, że nie masz czasu na powieść”, powiedział. „Musisz po prostu stworzyć ten czas”.

Oczywiście, moją pierwszą reakcją było obrażenie się na niego. Skąd miałam wytrzasnąć ten czas? Przecież widzi, że dwoję się i troję.

Ale moja powieść miała gdzieś inne obowiązki. Moja powieść nawet nie wie, że wykładam na uniwersytecie. Wszystko, co było dla mnie ważne dla niej było jedynie głupimi wymówkami.

To nie jest proste.

Tak jak powiedziałam, jestem w niesamowicie luksusowej sytuacji. Pisarze, których powieści mentoruję mają dzieci, prace na etacie, i mnóstwo finansowych i rodzinnych obowiązków. Z niektórymi z nich spotykam się właściwie w nocy, chwilę po tym jak uda im się położyć dzieci do łóżka. Inni nie mogą ustalić spotkań z wyprzedzeniem większym niż dwa dni. Ich życie nie jest stabilne. Ktoś zachoruje i cały plan idzie w cholerę.

Za każdym razem, kiedy rozmawiam z moimi pisarzami jestem pełna podziwu. Nie mam pojęcia, jak w amoku tysiąca zajęć udaje im się znaleźć jakikolwiek czas na powieść. Nie dość, że regularnie wysyłają mi fragmenty swoich manuskryptów, to jeszcze, kiedy rozmawiam z nimi na skypie, tryskają energią, której czasem mi samej brakuje.

Wiele się od nich nauczyłam.

Wiele rozmów zaczynało się od zmęczenia. Było późno, pisarka, z którą rozmawiałam dopiero co wróciła z pracy i ledwo zjadła odgrzany obiad. Dzieci chore, mąż na wyjeździe, a niedługo szykują się wakacje i nic nie jest jeszcze pozałatwiane.

„Jak pisanie?” pytałam, nie do końca pewna, czy te pytanie jest na miejscu.

„Coś tam próbuję, ale to chyba bez sensu”, słyszałam odpowiedź. „Mam problem z bohaterem.”

Pięć minut później rozmowa okazuje się jedną z najlepszych, jakie kiedykolwiek prowadziłyśmy. Z pozornie małego problemu z bohaterem rodzi się jeden z najważniejszych fragmentów powieści.

Dlaczego mnie to nie dziwi?

Jestem doktorantką na kierunku Kreatywne Pisanie na Uniwersytecie Kent w Canterbury. Oznacza to, że raz na miesiąc widzę się ze swoją mentorką, Scarlett Thomas i w doborowym towarzystwie książek jej ukochanych autorów, rozmawiamy o  pisaniu.

Czasem mam jej coś do pokazania. Przychodzę z nowym rozdziałem i analizujemy go zdanie po zdaniu.

Ale częściej nasze rozmowy dotyczą problemów, z jakimi się obecnie zmagamy. Problemów z bohaterami, dialogami, opisami…

Rozmawiamy też o życiu. O tym, że akceptacja i uleganie pewnym sytuacjom jest często lepszym rozwiązaniem niż walka. I że czasem podświadomość musi odwalić ciężką robotę zanim znajdziemy to, czego szukamy.

Im dłużej żyję, tym częściej zauważam, że pisanie to nie tylko…pisanie. To próba złapania głosu, który już gdzieś w nas jest.

Niedługo miną cztery lata od kiedy zaczęłam pisać moją powieść. Kiedyś płakałabym załamana, dzisiaj nie mogę się doczekać, by dostać kolejne lekcje, jakie pisanie mi podaruje.

Oczywiście, te lekcje nie są łatwe. Są pewne prawdy, które gdzieś wcześniej obiły mi się o uszy; które sama powtarzałam przyjaciołom długo zanim doświadczyłam ich na własnej skórze.

W teorii nie są one straszne.

W praktyce wymagają wielkiego otwarcia i dużej wiary w marzenie, które chcemy spełnić.

Pisanie to maraton, a nie wyścig.

Porażki nie istnieją. Są tylko kolejne próby.

Droga do sukcesu nigdy nie jest prosta.

I inne truizmy.

Mój ukochany autor, George Saunders żyje cytatem Einsteina:

No worthy problem is ever solved within the plane of its original conception.

czyli:

Żaden godny problem nigdy nie zostaje rozwiązany na płaszczyźnie pierwotnej koncepcji.

czyli:

Jeśli zaczniesz pisać wiersz o dwóch pieprzących się psach, i napiszesz wiersz o dwóch pieprzących się psach, to będziesz mieć wiersz o dwóch pieprzących się psach – Gerald Stern

Kilka miesięcy po napisaniu pierwszego rozdziału mojej powieści, zaczęłam medytować.

Była to jedna z najlepszych decyzji, które podjęłam w życiu. Pisanie i medytacja idą bowiem w parze jak dobry chleb i grecka oliwa.

Na początku nie sądziłam, że jedno ma jakikolwiek wpływ na drugie. Medytacja miała być jakimś sposobem radzenia sobie ze stresem. Ale to, co odkryłam siedząc przez dwie – trzy minuty każdego poranka, to to, że wszystko się zmienia.

Każda myśl, która do mnie przychodzi zamienia się w inną. I nie muszę na żadną z nich reagować. Każda, nawet ta najbardziej natrętna, depresyjna, poniżająca myśl w końcu znika.

Dwie – trzy minuty zmieniły się w dziesięć, piętnaście, czterdzieści. Codzienna obserwacja tego przemijania pozwala mi zmierzyć się z największym wrogiem każdego pisarza: zwątpieniem.

Myśli, które wcześniej potrafiły powstrzymywać mnie przed pisaniem na długie, długie tygodnie stały się pustymi słowami. Zauważyłam, że niektóre z moich myśli sprzyjają pisaniu. Inne mu szkodą. Zaczęłam wybierać więc te, które były dla powieści najlepsze.

Oczywiście, głos zwątpienia został. Tak samo jak głos ostrego krytyka, który każde moje słowo (nawet te teraz!) uważa za najgorsze w historii literatury światowej. Medytacja nie ma na celu ucieczki przed tymi głosami. W przeciwieństwie do wielu metod terapii, nie bawi się w racjonalizowanie. Medytacja pozwala usłyszeć te wszystkie myśli, jakie gromadzą się w naszych głowach i daje nam wybór – czy chcemy wsiąść do pociągu, którym dana myśl kieruje, czy wolimy poczekać na inny?

Medytacja jednak nie rozwiązała innego problemu, który często sprawiał, że pisać nie dałam rady.

Pisanie to samotny proces. Wybierając moją powieść zdawałam sobie sprawę, że nikt nie będzie ze mną siedział i tej powieści pisał. Wiedziałam też, że jej skończenie zajmie mi dużo czasu; że czekają mnie poprawki, poprawki i jeszcze więcej poprawek. Ale już po kilku miesiącach siedzenia sam na sam z moimi bohaterami, pojawił się we mnie nowy głos.

Głos zazdrości.

Mam bowiem kilku przyjaciół, którzy są artystami. Przyjaciółka rysuje, przyjaciel gra na gitarze. Za każdym razem, kiedy ich odwiedzam, przyjaciółka chwali się nowym obrazkiem, który stworzyła między odcinkami ulubionego serialu. Przyjaciel cośtam brzdęka. Wszyscy zachwyceni.

Na początku było fajnie. Byłam z nich dumna. Ale po jakimś czasie, zaczął trafiać mnie szlag. Dlaczego oni się chwalą, a ja nie mogę? Co to za sprawiedliwość, że przyjaciółka narysuje jakąś pierdołę i wszyscy wzdychają, a ja muszę zamknąć się na wiele lat i nadal nie mam gwarancji, że ktokolwiek to kiedykolwiek przeczyta?

Muszę powiedzieć, że ten problem szlajał się za mną jak natarczywy pijak aż do tamtego tygodnia, kiedy na Warsztatach Pisania w Patmos, George Saunders i Mary Karr poruszyli ten problem. Ktoś na zajęciach zapytał, kiedy pokazują innym swoje teksty? George i Mary popatrzyli po sobie. Kiedy sami nie możemy już nic zmienić.

George podkreślił, jak bardzo szanuje czas swoich czytelników, nawet jeśli tym pierwszym czytelnikiem jest jego żona. Po cholerę męczyć ją wczesnymi wersjami manuskryptu, który w końcu i tak ulegnie zmianie?

Mary porównała chwaleniem się wczesną pracą z innymi do zbyt wczesnego zdjęcia bluzkę. Ściągamy bluzkę zanim randka w ogóle się zacznie. Jeszcze nie powiedzieliśmy sobie ‚cześć’, a już jesteśmy nadzy.

To dało mi do myślenia. Głos, który za wszelką cenę chce się moim pisaniem chwalić jest rozwydrzonym ego, które łasi się o uwagę. A przecież nie piszę, żeby zachwycić innych. Piszę, bo kocham pisać.

Mogę zachwycić innych, kiedy tekst rzeczywiście będzie zachwycający. Kiedy, tak jak mówi George, nie mam już niczego do dodania.

Czasem może to zająć wiele, wiele lat. I o ile ta prawda jest boleśniejsza od innych, to potwierdzenie jej przez moich ukochanych pisarzy dało mi wiele odwagi.

A odwaga jest powietrzem pisarza.

Więc jak przetrwać pisanie powieści?

Przede wszystkim NIE PANIKOWAĆ.

Pisanie jest trudne, pewnie trudniejsze niż myślisz, ale większość Twoich „wrogów” siedzi w Twojej głowie. Wszystkim moim studentom oraz pisarzom polecam medytację. Usiąść, wycisz się, obserwuj. I nie panikuj.

Powieść pójdzie w kierunku, którego nie mogłaś przewidzieć. Droga do jej skończenia będzie długa i wyboista. Proces redakcji odkryje Twoje najbardziej poniżające słabości.

Nie panikuj.

Każdy największy pisarz przechodzi dokładnie przez to, co Ty. I to, co pomogło mi bardziej niż wszystko inne do grupa pisarzy, którą poznałam dwa tygodnie temu w Patmos. Pięćdziesiąt osób, które tak jak my wybrało się w podróż zwaną pisaniem. Pięćdziesiąt osób, które codziennie mimo wątpliwości dają swoim słowom szansę. Znajdź jedną taką osobę. A może już ją znalazłaś? Może właśnie czytasz artykuł, który napisała będąc w takim samym stanie, w jakim właśnie jesteś? Pełnym strachu i zwątpięnia, ale też miłości do pisania. Przede wszystkim miłości.

Komentarze

Komentarze