fbpx

Prawda o Pisaniu, której nie chcesz zaakceptować

Scroll this

Jeśli miałabym przyznać się do jednego pisarskiego grzechu to powiedziałabym, że tak szczerze powiedziawszy nie lubię redakcji.

O ile opiewam ją na Powieściologii i truję nią życie moich studentów i pisarzy, z którymi współpracuję; to sama jednak wolałabym nie być jej ofiarą. Nie dlatego, że redakcja nie działa. Wręcz przeciwnie. Tylko i wyłącznie dzięki redakcji jakikolwiek tekst trafia na księgarską półkę. I nie dlatego, że redakcja jest trudna. Nazwałabym ją raczej wyzywająco łamigłówkowa: sam proces przypomina trochę układanie puzzli lub rozwiązywanie zadań matematycznych – tych fajnych, a nie tych na ocenę.

Nie lubię redakcji, ponieważ uderza w moje pisarskie ego. A jest ono duże, tłuste i wiecznie nienasycone.

Każdy pisarz ma w sobie Gollum

Pamiętam, jak dekadę temu podchodziłam do kolejnej powieści. Proces był prosty: usiąść do komputera, klikać w klawiaturę, skończyć powieść. Jednak za każdym razem zderzałam się z tą samą ścianą. To, co było w mojej głowie wyglądało dużo lepiej niż to, co trafiało na kartkę.

Na początku zawsze udawało mi się to ignorować. Pchana weną i marzeniami o wydaniu dochodziłam do strony dwudziestej, czasem trzydziestej. Ba, raz nawet udało mi się napisać siedemdziesiąt stron. Jednak prędzej czy później zawsze rezygnowałam.

Ta rezygnacja była niezwykle bolesna, zawsze bowiem dochodziłam do tego samego wniosku: skoro to, co widzę na kartce jest tak beznadziejne, to po prostu nie jestem dobrym pisarzem.

Pisanie sprawiało mi ogromną przyjemność, ale tylko na początku. Po jakimś czasie zaczynałam się bać pisania. Potem pisania nienawidziłam. Miałam w sobie takiego Golluma: „Kochamy pisanie, glum glum, nienawidzimy pisania.”

Zakochałam się

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam artykuł o Gordonie Lishu, redaktorze Raymonda Carvera, wiedziałam, że znalazłam odpowiedź na moje niskie poczucie pisarskiej wartości. Okazało się, o czym drogi pisarzu na pewno wiesz – że pisanie to tylko 10% całego procesu tworzenia książki. Zabawa tak naprawdę zaczyna się, kiedy zakładasz redakcyjne buty. Albo raczej redakcyjny kapelusz. No…gdzie jest redaktor, który pomoże mi wybrać właściwe porównanie?

Spojrzałam na moje teksty nowym okiem i okazało się, że część z nich jestem w stanie uratować. Niewiele, ponieważ same tematy, których się podjęłam zazwyczaj zwyczajnie nie były dla mnie (patrz: pisarska prawda); ale mimo wszystko coś tam się dało zrobić. Więc robić zaczęłam.

Moja pierwsza randka z Redakcją to była miłość od pierwszego wejrzenia. Redakcja była cierpliwa, ciepła i wyrozumiała. Taka matka idealna, dla której żaden mój tekst nie był zły – wymagał po prostu trochę więcej miłości.

Razem byłyśmy w stanie zmierzyć się z każdym złym zdaniem. Podsuwałam jej kolejne sceny, a ona cierpliwie je znosiła.

„Spójrz,” zdawała się mówić, „Tutaj twój bohater mówi o czymś, co tak naprawdę nie ma nic wspólnego z fabułą. Ale nie panikuj, to normalne. Twój bohater chce się wygadać. Ale zostawmy to między tobą a nim. Czytelnik tego nie potrzebuje.”

Ale pewnego dnia oprócz Redakcji, do drzwi mojej powieści zapukał ktoś jeszcze…

Gość nieproszony.

Krytyk.

„Ja tu tylko przyszedłem popatrzeć,” powiedział Krytyk wchodząc do powieści.

„Ale, ale…ale ona nie jest jeszcze gotowa.” zaprotestowałam.

Na moje słowa Krytyk machnął ręką i z krytycznym wyrazem twarzy zaczął czytać kolejne sceny.

„Zaczynamy?” Redakcja, jak zawsze miała w sobie nieocenione pokłady entuzjazmu i determinacji. Kiwnęłam głową. Zaczynamy.

Kilka chwil później byłam na facebooku próbując zapomnieć o tej całej powieści. Wszystkie moje obawy zostały potwierdzone. Krytyk miał rację. Nie jestem pisarzem i nigdy nim nie byłam. Co mi w ogóle przyszło do tej durnej głowy, żeby pisać powieść?

Redakcja starałam się mnie uspokoić, ale ja wiedziałam, że jej głos ociekał fałszem. Jak ona mogła wmawiać mi, że mam jakiekolwiek szanse? To wszystko, co napisałam było najgorsze na świecie. Tak! Moja powieść była najgorszą powieścią, jaką ktokolwiek przeczytał.

I Ty jesteś autorem najgorszej powieści na świecie

Patmos. Lipiec 2018. Kurs pisania z Georgem Saundersem i Mary Karr. W George’a wierzę jak fanatycy wierzą w swojego boga. Każde jego słowo jest dla mnie prawdą absolutną.

Opowiedziałam mu o swoich zmaganiach z powieścią, o tym, że się jej boję, że boję się pisać, że wszystko, co robię wydaje mi się najgorsze na świecie i ten głos w głowie… ten krytyk, który mówi z sensem, ale mówi straszne rzeczy. Co to wszystko oznacza?

George spojrzał na moje wielkie, tłuste, nienasycone ego.

„Ten głos, który mówi, że jesteś najgorszym pisarzem na świecie? To ten sam głos, który innym mówi, że są najlepsi na świecie. Arogancki, fałszywy i pragnący powstrzymać cię przed pisaniem.” Powiedział.

„Masz dar. Masz talent. Masz pomysł na powieść. To odpowiedzialność. Ta historia nie przyszła do ciebie po to, żebyś trzymała ją w szufladzie. Przyszła po to, żebyś podzieliła się z nią innymi.”

Mija rok od kiedy usłyszałam te słowa i nadal boję się pisać. Przedwczoraj po dłuższej przerwie usiadłam do mojej powieści. Przeczytałam kilka scen, które napisałam trzy tygodnie wcześniej. Prawie się rozpłakałam. Moja powieść wydawała się iść wszędzie i nigdzie. Mam wrażenie, że nigdy jej nie skończę.

Słyszę pukanie. Wiem, że to ten cholerny Krytyk, bo pukanie jest tak natarczywe jak miauczenie głodnego kota o trzeciej rano.

Ale wiem, że ten Krytyk nie stoi tam sam. Wraz z nim przyszła Redakcja. Nie wiem, dlaczego, ale jeżdżą do mnie tym samym pociągiem.

Zaparzam kawę dla siebie i Redakcji i herbatkę z melisą dla nerwowego Krytyka. Otwieram drzwi. Witam się z nimi ciepło. Tak, nawet z Krytykiem.

Siadamy razem. Wyciągam swój manuskrypt.

„Słuchajcie,” oświadczam, „Chcę, żeby ta powieść była dobra. Chcę, żeby spodobała się czytelnikom. Dlatego jestem otwarta na wasze uwagi, ale jeśli te uwagi mają na celu zabić tę powieść, to…” – tutaj zerkam wymownie w stronę fotelu, na którym rozłożył się Krytyk – „…to tam są drzwi.”

Redakcja siadam obok mnie. Krytyk prycha i wzdycha, ale oprócz tego nie mówi nic więcej.

„Zaczynamy?”

Zaczynamy.



Komentarze

Komentarze