Jak pisać o koronawirusie?

Scroll this

Od trzech dni nie mamy internetu. Dlatego mój partner, który mógłby pracować z domu, jedzie do biura. To znaczy, ja jadę, on jest pasażerem, bo mieszkając całe życie w Londynie, nigdy nie czuł potrzeby, by wyrobić sobie prawo jazdy.

Dzień wcześniej w biurze oprócz niego było kilka innych osób, które wolą pracować poza domem, bo poza domem łatwiej jest im się skupić. Większość jednak skorzystała z okazji, żeby w przerwie na lunch przygotować sobie coś lepszego do zjedzenia niż kanapka z Subwaya. Wyobrażam sobie, że czują się trochę jak nastolatki, których szkołę zamknięto na kilka tygodni. Nie przypominam sobie, kiedy ja się ostatnio tak czułam. Prowadząc Powieściologię i pisząc powieść, pracuję głównie z domu.

Dzisiaj rano nie rozmawiamy o koronawirusie, no poprzedniej nocy pokłóciliśmy się o coś głupiego. Teraz też atmosfera między nami jest taka sobie, ale kłóciliśmy się już tyle razy, że nie panikujemy jak dawniej. Wyrażamy swoje emocje i postanawiamy skończyć temat po pracy. Mój partner wychodzi z samochodu, ja przekręcam kluczyk, ale silnik się nie zapala.

Próbuję jeszcze raz.

Nie, nic z tego.

Mój partner biegnie na górę i przyprowadza Bena, który z nim pracuje. Ben ma samochód. Co prawda nigdy nie musiał jeszcze wykazać się samarytańskim gestem i podzielić się energią swojej baterii, ale po zaciągnięciu rady Google, oraz przekartkowaniu manuala mojego samochodu, coś kombinujemy. Po chwili dołącza do nas kolejny człowiek, strażnik parkingu, który Google nie potrzebuje. Kabel do kabelka i…nic z tego.

Dzwonię na numer awaryjny i dowiaduję się, że trochę poczekam. Nie byłam na to gotowa, Miałam tylko odwieźć partnera i wrócić do domu, gość od internetu może tam być lada chwila. Mam zero baterii w samochodzie, trzydzieści cztery procent w komórce i numer New Yorkera w dużej mierze skonsumowany. Mój partner musi wracać do pracy. Przeprasza, że nie może nic zrobić.

Od jakiegoś czasu żyję w niepokoju. Mam przyjaciół w różnych zakątkach świata i mimo iż moja aktywność internetowa ogranicza się do Powieściologii na facebooku i sprawdzania maila, wiadomości do mnie dochodzą. Pierwsza była Flaminia. Mieszka we Włoszech w Toskanii i z wiadomości, którymi wymieniałyśmy się regularnie miałam okazję zobaczyć, jak dramatycznie jej życie zmieniło się przez ostatnie kilka tygodniu. Wiem, że w Polsce zamknęli wszystkie szkoły i mimo iż zajęcia na uniwersytecie prowadziłam jeszcze wczoraj, to czekam na maila, kiedy dowiem się, że są odwołane. W wielu krajach nie można wyjść do kina.

Dlatego kiedy dwa dni temu wpadłam rano do mojej ulubionej kawiarni (brak internetu to dla mnie dopiero praca niezdomu), postanowiłam w końcu kupić tę durną, szwedzką bułeczkę.

Dotychczas omijałam ją wielkim krokiem. Kusiła mnie praktycznie codziennie, jednak nie potrafiłam znaleźć wystarczającego powodu, żeby wydać na nią trzy sześćdziesiąt. Niby nie dużo, ale to tyle, ile druga kawa, a w takiej bułeczce to sam cukier i zero wartości spożywczych, lepiej coś wartościowego sobie kupić i tak dalej.

I już zapłaciłam za moją kawę i miałam wychodzić, kiedy nie – tym razem będzie inaczej. To ten dzień, zrozumiałam, kiedy kupię tę cholerną bułeczkę.

(była lepsza niż mogłam to sobie wymarzyć)

Bo co jeśli tej kawiarni za tydzień nie będzie?

Nieraz słyszałam radę, która mówi tym irytującym, mędrczym głosem, aby żyć tak jakby dzień dzisiejszy był tym ostatnim. Czasem nawet staram się to praktykować, jednak zazwyczaj jest to trochę wymuszone, trochę udawane. Próbuję sobie wyobrazić, jakbym chciała spędzić ostatni dzień i tylko wpadam w doła, że robię wszystko odwrotnie.

Tym razem jest inaczej.

Jest we mnie silny strach przed końcem świata i to strach tak rzeczywisty, że nie potrafię znaleźć nadziei, że może być inaczej, ale nie będę ukrywać…ten strach daje mi poczucie pilności.

Zamiast irytować się straconym dniem i interpretować zachowanie mojego partnera jako brak szacunku do mojej pracy (no bo, czemu to ja mam czekać w samochodzie, a nie on?) – postanowiłam wykorzystać te dwie godziny i trzydzieści cztery procent baterii w komórce na telefon do Flaminii.

Z Flaminią piszę ciągle na whatsappie, ale zbyt rzadko do niej dzwonię. Zawsze szukam jakichś wielkich przestrzeni czasowych i kiedy mam dziesięć minut, wydaje mi się, że to niewystarczające, więc obiecuję sobie, że zadzwonię innego dnia. Ale co jeśli zabiorą nam internet?

Flaminia odbiera od razu. Przez pięćdziesiąt minut rozmawiamy o koronawirusie, malując wizje rodem z Lśnienia. Zapomniałam, jak cudownie jest się razem pośmiać.

Do sklepu jest trzygodzinna kolejka, ale poczta chyba działa. Flaminia chce wysłać mi list. Ja się śmieję, że wyślę jej mąkę, bo mówi mi, że we Włoszech wszyscy rzucili się na mąkę, chociaż nikt kogo zna nie gotuje w domu. Śmiejemy się, że wszyscy będą lepić makaron.

Staramy się wyobrazić sobie kolejne kilka miesięcy. Czy spotkamy się w tym roku w Polsce? Jeśli nie latem, to kiedy? Jak tylko zaczną znowu latać, od razu wsiadamy w samolot, niezależnie od ceny. Brakowało mi jej głosu. Chcę móc ją przytulić, przetańczyć razem całe lato. Chce mi się płakać, ale jej żarty są zbyt śmieszne.

Potem rozmawiamy o pisaniu. Flaminia, jak ja jest wielką perfekcjonistą, ale ostatnio pisze jej się dużo odważniej. Może to ta izolacja? Więcej czasu? A może coś się zmieniło? Coś, czego jeszcze nie umie nazwać? Mówi mi, że przechodzi jakąś transformację. Dużo medytuje i może teraz to działa.

Polecamy sobie książki. Obiecujemy wysyłać listy. Mąka, ciastka i książki. Nie mamy czasu, aby porządnie się pożegnać, bo w końcu przyjeżdża człowiek od awarii samochodowych, więc krzyczymy wyznania miłości do słuchawki i już otwieram klapę.

Bateria jest martwa. Całkowicie. Można ruszyć ją raz, ale mam natychmiast jechać do garażu i ją wymienić, bo drugi raz samochód nie ruszy.

Wzdycham na to, ale zaczynam rozumieć, że nie mam wyboru. Muszę dostosować mój rytm do rytmu dnia, który mnie zaskoczył. W tym momencie dostaję wiadomość od gościa od internetu, który właśnie do mnie jedzie. Dzwonię do niego, że samochód mi zdechł i czy możemy przełożyć. Mówi mi, że zobaczy, czy jest coś na ścianie na zewnątrz i jakby co, to wróci. Och, słodki dźwięk zapalonego silnika. Jadę do garażu.

Mają jedną baterię do mojego samochodu, która kosztuje dwa razy więcej niż przewidywałam i wymiana trochę im zajmie, bo mają kolejkę. Ja mam jeden procent baterii w komórce. Przez dziesięć minut wącham odświeżacze, które sprzedają. Czy chcę, aby Corsa pachniała jak Nowy Samochód czy wolę Letnią Bryzę?

Siadam i czekam.

Po pół godziny zaczynają wymianę baterii. Trwa to krótko, ale jestem głodna, więc mówię niewiele. Nie mogę się doczekać, aż wrócę do domu, ale w domu nic nie ma, więc czeka mnie jeszcze sklep po drodze. Płacę, wychodzę, odjeżdżam.

W domu jest internet, który mi mówi, że liczba zarażonych zwiększyła się dwukrotnie w przeciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. Dzwonię do Karla, który jest w Madrycie. Wszystko od jutra zamknięte.

Musimy odwołać naszą wycieczkę w kwietniu. Przynajmniej na to wygląda. Śmiejemy się, że ta cała epidemia musi wyglądać zabawnie ze strony zwierząt. Chciałbyś być teraz kotem, co?

Jestem wyprana. Mam nakręcić filmik na YouTuba o redakcji, ale po całej tej lataninie chce mi się tylko coś czytać. Ale zanim decyduję się sięgnąć po książkę, otwieram laptopa i tam dowiaduję się, że…Zamykam maila. Otwieram wordpress. Chcę o czymś nowym.

Komentarze

Komentarze